Pies, dom, drzewo i kot.

Jak już wspomniałam w poście niżej, postanowienia noworoczne to raczej – w mojej opinii – bzdura. Oczywiście jeśli ktoś jakieś ma, to super, życzę powodzenia i mam nadzieję, że wszystkim się uda! Ale w moim wypadku? No właśnie, w moim wypadku to zawsze klęska, więc po co się oszukiwać?

DSC_0499

Tak się jednak złożyło, że w Grudniu doszłam do kilku wniosków i przemyślałam kilka spraw, które chciałabym zmienić – no i oczywiście zadecydowałam, że nie ma sensu robić tego od razu – nie, po co, jak to tak od razu? Lepiej rozpocząć starania od kolejnego miesiąca (tak, wiem, że takie myślenie nie ma sensu, i wszyscy mówią, że jak coś postanowić to trzeba zacząć działania tu i teraz, ale proszę mnie zrozumieć i nie burzyć mojej iluzji :))! Jak wszyscy wiemy, po Grudniu jest Styczeń (groundbreaking), Nowy Rok (czekaj, co?!), więc moje postanowienia można – na rzecz posta – nazwać noworocznymi.

DSC_0031

Nie będę się może rozwodzić nad własną rozpaczą dotyczącą mieszkania w bloku i tego, że jedno z moich postanowień to wziąć się za siebie i za swoje podejście do, nazwijmy to – dystrybucji pieniędzy. Może po ogarnięciu wkładu własnego i wynajęciu mieszkania udałoby nam się w końcu wyprowadzić na wieś – a i dla Fety, i dla Franki, i dla Kabana (to nasz working name dla psa, którego planujemy) i dla nas – dwójki osób, która nie znosi ludzi, a słowo sąsiad powoduje u nich drgawki – byłoby to spełnienie marzeń.

Ok, wróćmy do tematu tych postanowień, które nie dotyczą oszczędzania pieniędzy na wkład własny. Jak się pewnie każdy domyślił, dotyczą one głównie Fety i tego, jak rozleniwiliśmy się zimą z dbaniem o nią jak należy.

Uwierzcie mi, kiedy powiem, że już nawet nie chce mi się szukać wymówek na moje i męża zachowanie – zaczęło być bardzo niefajnie i troszkę zawiało hipokryzją. Wiecie jak jest – przyszła zima, dni się skróciły, było dużo wolnego (a jak dużo wolnego to i dużo jedzenia i procentów) – a my staliśmy się mistrzami szukania powodów, przez które długie spacerowanie stawało się niemożliwe.

DSC_0041

Miarka się przebrała, kiedy zauważyłam, że Feta nam trochę przytyła, a spacery z godzinnych skróciły się do półgodzinnych. Nie tak miało być – mieliśmy biegać wszyscy po zielonych łąkach z naszym mądrym, kochającym psem, którego wszyscy nam zazdroszczą, ale nikt nas nie zaczepia, żeby nam powiedzieć jaki jest śliczny, albo spytać, czy można pogłaskać. TAK MIAŁO BYĆ!

Postanowiliśmy stać się lepszymi ludźmi dla naszego owczara. I tak wdrożyliśmy improvement plan, który dotyczył zarówno tego, co robimy z piesem w domu, jak i tego, co robimy z nim poza domem.

Poza domem proste rzeczy – więcej sztuczek, więcej biegania, więcej wychodzenia i wychodzenie na dłużej. Największym problemem były oczywiście poranne spacery, które zabijają we mnie chęć do życia, ponieważ odbywają się o 4.30 rano. Póki co idzie mi nieźle (mam nadzieję, że nie zapeszę), bo często pamiętam o zabawce i spędzam z Fuczi chociaż dziesięć minut na ćwiczeniu aportu lub zwykłym szarpaniu (powinniście być ze mnie dumni, biorąc pod uwagę, że dziesięć minut o czwartej rano to o wiele dłuższe dziesięć minut niż te o ósmej!), a i sam spacer odrobinkę się wydłużył. Małymi kroczkami, prawda? Poza tym zaczęliśmy walczyć z czymś, czego w Fecie nienawidzę najbardziej, a mianowicie z darciem japy na inne psiaki. Zaczęliśmy to może złe słowo, bo już wcześniej staraliśmy się, żeby przestała to robić, często jednak zdarzało się, że woleliśmy minąć innego psiaka szerokim łukiem, albo nawet zmienić trasę spaceru, by uniknąć tego okropnego szczekania i szarpania.

Teraz staramy się mijać inne psy zwyczajnie – po prostu iść przed siebie. Przyznam szczerze, że do ogarnięcia Fuczasa w tych sytuacjach posługuję się silną ręką mojego męża – i że to działa! Warto się czasem podenerwować, bo mimo, że ja nadal tak samo nie lubię mijać innych psów (mojemu chłopu to nie przeszkadza, ale mnie czasem aż ściska w żołądku, zwłaszcza jeśli w perspektywie jest awantura z jakimś Januszem), to reakcje Fety faktycznie się poprawiły i są mniej gwałtowne.

DSC_0032

W domu głównie postawiliśmy na więcej wyciszającego ciumania konga, albo kosteczki. Zatraciliśmy to gdzieś w miarę, jak Feta rosła, bo bywało, że bardzo szybko radziła sobie z taką rozrywką i nie spełniało to zamierzonego celu – zwłaszcza, że nikomu nie chce się wypełniać konga dwa razy pod rząd ( albo tylko mi się nie chce 😀 ) – no more! Teraz choćbym miała to robić trzy razy w ciągu piętnastu minut – robię to. Oczywiście nie zajmujemy jej sto procent czasu dla samego zajmowania jej czasu, ale wiadomo, że od czasu do czasu jest to fajna alternatywa.

Do tego zrobiłam też matę węchową, z której jestem niezmiernie dumna (ostatnia została rozszarpana przez naszego ukochanego pupila), bo jest na metalowej siatce i jest tak długa, jak ja jestem wysoka (no dobra, prawie). Robiłam ją kilka dobrych dni, ale teraz mój pies ma zajęcie, kiedy nie chce mi się z nią ćwiczyć, a ja stałam się mistrzem prucia pościeli i wiązania małych supełków.

A Wy? Jakieś zmiany, rady, usprawnienia w zimowym zajmowaniu się pupilem? Czy nie ruszają was mrozy i deszcze, odważnie zakładanie zimowce i prujecie przed siebie z czworonogami, ku wspólnym ćwiczeniom i zabawie?

 

 

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Pies, dom, drzewo i kot.

  1. Ja mam ten luksus, że mój pies nienawidzi zimna i zimy ogólnie równie mocno jak ja, więc za obopólną zgodą spacery mamy teraz ograniczone do niezbędnego minimum (zwłaszcza te poranne ;). Odnośnie konga – próbowaliście go mrozić? U nas taki napchany jakimś pasztetem czy mielonym ciumkacz wystarcza nieraz i na godzinę, przy czym psiątko mamy całkiem wprawione.

    A coś więcej na temat tego planowanego futra zdradzisz? 😉

    Polubienie

    • Nie probowalam mrozic! Wow, super pomysl!!!! Co wam wystarcza na najdluzej? 😲

      Planujemy troszke od jakiegos czasu, tak niesmialo – owczarek belgijski groenendael, albo uzytkowy bos – ale maz sie kloci, ze dopiero jak zaczniemy się budowac. Ze do najbogatszych nie nalezymy, to jest to warunek ktory nadal twardo negocjuje

      Polubienie

      • Zwykle mieszam pasztet, trochę oliwy, do tego jakieś ciasteczka albo karma i wrzucam do zamrażarki – często robię to po prostu wieczorem i rano kong jest gotowy. Polecam, bo działa ^^

        Mnie kurczę też te belgijskie cuda kuszą, ale to jest tak skrajnie odległe od moich dotychczasowych doświadczeń, że i sie trochę boję i w sumie to nie wiem, czy by mi taki poziom owczarkowatości pasował w codziennym życiu 😉 Tak czy siak, powodzenia w Waszych planach!

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s